Promo baner

Dziecko siada „na chwilę” do telefonu, a po godzinie jest bardziej zmęczone niż przedtem. Trudniej mu się skupić, trudniej wrócić do nauki, trudniej w ogóle być. Coraz częściej mówimy wtedy o „brain rot” — zjawisku, które brzmi jak mem, a w rzeczywistości opisuje bardzo realne doświadczenie przeciążonego mózgu. Ten tekst nie jest o zakazach ani o winie rodziców. Jest o zmęczeniu, nadmiarze bodźców i o tym, czego dzieci naprawdę potrzebują, żeby ich układ nerwowy mógł odpocząć.

Mamo włącz Tung Tung Sahur!

Inspiracją do napisania tego tekstu były w sumie dwie sytuacje.

Pierwsza: od jakiegoś czasu dzieci przychodzą do mnie i proszą, żebym włączyła im Balerinę Kapuczinę albo Tung Tung Tung Sahur. I człowiek w tym momencie czuje się trochę jak dinozaur, bo dzieci mówią do niego w obcym języku. Jesteś ze mną w teamie „myślałam, że nierozumienie własnego dziecka przyjdzie później!”?
Wchodzę na Spotify, wpisuję hasło, a tam pseudo latino disco. Bez ładu, składu, w zasadzie bez słów. Trochę do potańczenia. Trochę do podrygiwania. No ale „za moich czasów” też były piosenki niekoniecznie wysokich lotów i bujało się do nich.

I wtedy pojawia się pytanie: dlaczego właściwie „brain rot”? No bo, żeby znaleźć ów utwór trzeba wpisać to hasło.

I tak sobie tkwiłam w świecie Tung Tung Tung Sahur, aż niedawo na klasowej grupie rodziców jedna z mam wrzuciła artykuł o „brain rot” u dzieci i nastolatków. Tekst opisywał zjawisko, które wielu z nas zna aż za dobrze: dziecko siada „na chwilę” do telefonu, a po godzinie jest bardziej zmęczone, rozdrażnione i jakby nieobecne. Trudniej mu się skupić, trudniej wrócić do nauki, trudniej w ogóle być.

Dlaczego dzieci scrollują? O „brain rot”, zmęczeniu i regulacji emocji

I zanim przewiniesz dalej – ten tekst nie będzie o zakazach – no bo przecież MUSIMY COŚ Z TYM ZROBIĆ, ani też o moralizowaniu, że teraz ja „medytacyjny koł” (haha, nie) będę mówić: rodzicu, to Twoja wina, że dziecko zamiast być zen ma papkę z mózgu.

Nie. To nie będzie opowieść o tym.

To jest tekst o tym, że mamy za dużo.
Za intensywnie.
Za szybko.
I że coraz częściej, dzieci i dorośli próbujemy regulować napięcie przez bodźce, bo nie znamy innego sposobu.

Bo jeśli naprawdę odpowiesz sobie na pytanie jak najczęściej odpoczywasz (nie jak chcesz odpoczywać, albo jak widzisz na instagramie, że się odpoczywać powinno), to jeśli nie powiesz, że przewijasz śmieszne kotki to gratuluję i jestem dumna. Bo tak, ja też scrolluję kiedy jestem zmęczona, choć wiem że to duży błąd, dlatego staram się tego unikać, co nie zmienia faktu że nadal to robię. Wiedza nie chroni przed zmęczeniem, złym samopoczuciem, smutkiem.

Ważne odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego sięgamy po telefon żeby regulować napięcie w ciele… bo ekran jest dostępny, szybki i skuteczny na tu i teraz. Wyrzuty dopaminy przy kolejnym ruchu kciuka sprawiają, że nasz mózg mówi: „chcę więcej, bo to mi sprawia przyjemność”. I dokładnie tak samo jest z naszym dzieckiem.

Reguluje się przez ekran nie dlatego że jest leniwe, albo że takie są czasy. Tylko dlatego, że jego układ nerwowy dostaje sygnał: to mi pomaga (choć tylko na chwilę).

A może Twoje dziecko się boi? albo jest smutne?

To nie wojna z ekranami. To pytanie o uważność

Nie chcę krucjaty i walki z telefonami. Bo telefon sam w sobie nie jest problemem – jest narzędziem, który służy do kontaktu, nauki, zabawy i odpoczynku. Problem zaczyna się wtedy, gdy urządzenie pełni rolę regulatora emocji: kiedy sięgamy po niego nie dlatego, że czegoś potrzebujemy, ale dlatego, że w środku robi się za trudno, za nudno albo za głośno.

I jeszcze raz dzieci uczą się bardzo szybko, również tego, że telefon daje przyjemność. Czasem to ich jedyny dostępny sposób na poradzenie sobie z napięciem, smutkiem, czy złością. Nie oszukujmy się, trudno jest wymagać, albo oczekiwać, że dziecko samo wybierze spokojne wdechy i wydechy żeby się uspokoić.

Dlatego nie chodzi o odebranie narzędzia. Chodzi o to, by nie było ono jedyną odpowiedzią na trudne emocje.

Dlatego ten tekst jest o uważności. O zauważeniu, że dzieci nie potrzebują kolejnych bodźców, one potrzebują wsparcia żeby sobie poradzić z tym co w nich.

Bo „brain rot” niezależnie od tego, jak memicznie brzmi, nie opisuje zepsutego mózgu. Opisuje przeciążony układ nerwowy dziecka, który nie ma kiedy odpocząć, wyciszyć się i zintegrować tego, co przeżywa.

Dlaczego to nie jest tylko problem dziecka?

Wiem – tekst jest długi. Ale jeszcze w tym miejscu chciałabym podkreślić – nie zostawiajmy dzieci samych z tym problemem. Ale też nie zapominajmy o sobie, bo to my jesteśmy fundamentem.

Dzieci uczą się od nas. Uczą się od nas również odpoczywać. Umiesz odpoczywać Droga Mamo, Drogi Tato? One na nas patrzą. Jeśli dorosły resetuje się ekranem, dziecko robi dokładnie to samo. Nie dlatego, że jest niegrzeczne. Tylko dlatego, że tak działa uczenie się przez obserwację.

To nie jest opowieść o złych rodzicach.
To jest opowieść o zmęczonych ludziach.

Nie dlatego, że robimy coś źle.
Tylko dlatego, że jest tego wszystkiego po prostu za dużo.

Jak przerwać błędne koło „brain rot”

Nie trzeba wywracać życia do góry nogami ani wprowadzać radykalnych zasad „od dziś zero telefonu”. Układ nerwowy nie lubi nagłych zmian. Lubi bezpieczne ramy i powtarzalność. A poza tym zasady powinny dotyczyć wszystkich. Zrezygnujesz z telefonu?

Czasem wystarczy jedno miejsce w domu, w którym nie ma telefonu. Siedzenie przy stole. Sypialnia. Kawałek kanapy. Czasem jedna godzina dziennie bez ekranów nie po to, żeby „wychowywać”, tylko żeby ciało mogło naprawdę odpocząć, ale też żeby pokazać rodzinie to jest normalne, nie muszę być przywiązana niewidzialną smyczą. Albo wspólny moment: spacer, gotowanie, planszówka, rozmowa bez przerywania jej powiadomieniami.

To drobne gesty, ale wysyłają do układu nerwowego bardzo ważny sygnał: jest bezpiecznie, nie musisz być w ciągłej gotowości. Dziecko nie uczy się wtedy jak „radzić sobie bez telefonu”. Uczy się, że są też inne sposoby na rozładowanie napięcia i bycie w kontakcie.

Najważniejsze jest to, że nie robimy tego dziecku, tylko z dzieckiem. Bez kar, bez zawstydzania, bez idealnych planów. Krok po kroku. W tempie, które jest do udźwignięcia.

Bo celem nie jest mniej ekranów.
Celem jest więcej spokoju, regulacji i prawdziwego odpoczynku — dla dzieci i dla nas.

Wchodzisz w to?


O Autorce

Cześć! Jestem Ewa i jestem mamą dwóch córek – to one są moimi największymi nauczycielkami uważności. Z wykształcenia i pasji jestem certyfikowaną absolwentką kursu MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction), trenerką komunikacji i well-beingu. 

Tworzę przestrzeń Korzenie Uważności, w której spotykają się praktyka uważności, relacyjność i bezpieczeństwo. Na co dzień współpracuję z firmami, szkołami i fundacjami, wspierając dorosłych i dzieci w budowaniu dobrostanu, więzi i większej obecności w codziennym życiu.

Uczę, że uważność nie oznacza perfekcji. Jestem normalna – popełniam błędy, mam chwile zwątpienia. Ale coraz częściej wiem, że warto zatrzymać się i zamiast racji wybrać relacje. 

Chcesz porozmawiać?

Jeśli czujesz, że stres, emocje czy trudne relacje przytłaczają Cię na co dzień – możemy spotkać się online. W ramach Uważnych rozmów wspieram w regulacji emocji, redukcji napięcia, budowaniu granic, wprowadzaniu uważności do codzienności oraz w lepszej komunikacji – także tej trudnej i obciążonej emocjami.

To bezpieczna przestrzeń, w której możesz zatrzymać się i odzyskać spokój – bez ocen, za to z uważnością i czułością.