Promo baner
↽ Wróć
Wychowanie bliskościowe to nie bezstresowe, czyli o największym micie rodzicielstwa

Wychowanie bliskościowe to nie bezstresowe, czyli o największym micie rodzicielstwa

W debacie o współczesnym rodzicielstwie pojawia się wiele nieporozumień, ale jedno z nich powraca wyjątkowo często: przekonanie, że wychowanie bliskościowe to wychowanie bezstresowe. W przestrzeni publicznej słyszy się, że rodzice praktykujący bliskość „pozwalają dziecku na wszystko”, „nie stawiają granic”, „boją się frustracji dziecka” czy wręcz „wychowują małych tyranów”. Tymczasem te poglądy wynikają raczej z uproszczeń niż z realnego zrozumienia, czym wychowanie bliskościowe w ogóle jest.

Paradoks polega na tym, że wychowanie bliskościowe stawia granice zdecydowanie bardziej konsekwentnie niż tradycyjne metody robi to jednak w inny sposób, oparty na relacji, a nie strachu.

Skąd wziął się mit o bezstresowym wychowaniu?

Źródła leżą w dwóch mylnie łączonych pojęciach:

  1. Bezstresowe wychowanie to moda pedagogiczna z lat 70., oparta na minimalizowaniu jakichkolwiek frustracji dziecka. Rzecz jasna szybko okazała się nieskuteczna, bo dzieci pozbawione monitorowanych doświadczeń trudnych sytuacji nie potrafią radzić sobie z emocjami.
  2. Wychowanie bliskościowe (rodzicielstwo oparte na więzi), czyli współczesny model, bazujący na neuropsychologii, który zakłada, że dziecko uczy się regulacji emocji i norm społecznych dzięki bezpiecznej relacji z dorosłym.

Problem w tym, że wielu obserwatorów widzi jedynie reakcję rodziców: „rodzic przytula dziecko, gdy to płacze”, a nie widzi reszty procesu: konsekwentnie utrzymanych granic, wspierania, dyscypliny opartej na empatii.

Wychowanie bliskościowe mówi empatii TAK, ale nie ma zgody na wszystko

Wychowanie bliskościowe zakłada, że:

  • emocje dziecka są ważne i mają prawo istnieć;
  • granice również są ważne i mają prawo istnieć;
  • dorosły jest przewodnikiem, a nie szefem czy kolegą;
  • dziecko nie ma być „posłuszne”, tylko ma uczyć się odpowiedzialności i relacji.

To podejście zakłada, że dziecko ma prawo czuć, ale nie zawsze ma prawo robić to, na co akurat ma ochotę.

Przykładowo:

  • Dziecko może być rozczarowane odmową słodyczy przed obiadem, ale słodyczy i tak nie dostanie.
  • Dziecko może płakać, że musi zakończyć zabawę i wyjść z placu zabaw, ale czas wychodzenia nie ulega dyskusji.
  • Dziecko może być złe, że nie dostało zabawki, ale i tak nie dijdzie do zakupu.

Dorosły dostrzega każdą wymagającą i trudną emocję daje jej uważność, ale nie wycofuje się z postanowień.  Wychowanie bliskościowe nie usuwa granic, tylko łagodzi sposób, w jaki dziecko przez te granice przechodzi.

Co naprawdę oznacza „trudne emocje są mile widziane”?

Trudne emocje są naturalną częścią rozwoju. W tradycyjnych modelach rodzicielskich często traktowano je jako coś, co należy uciszyć  krzykiem, karą, „bo tak nie wolno”, „bo nie wypada”.

W podejściu bliskościowym:

  • nie karzemy za emocje,
  • uczymy regulacji,
  • towarzyszymy dziecku w napięciu,
  • nazywamy, wyjaśniamy, pokazujemy strategie radzenia sobie.

To wyjątkowo dalekie od „bezstresowego wychowania”. Dziecko bowiem doświadcza frustracji czasem nawet codziennie. Z tą różnicą, że ma dorosłego, który pomaga mu przez nią przejść, zamiast mówić „zamknij się i przestań płakać”.

Wychowanie permisywne 

Odnoszę wrażenie, że zwolennicy teorii mówiącej o braku stresu w wychowaniu bliskościowym pomylili je ze stylem permisywnym, nazywanym też pobłażliwym lub liberalnym, to podejście, w którym rodzice dają dziecku bardzo dużo swobody, a jednocześnie unikają stawiania granic i egzekwowania zasad. Opiekunowie w takim modelu są zazwyczaj ciepli, czuli i bardzo zaangażowani emocjonalnie, jednak brakuje im konsekwencji i struktury. W efekcie dziecko funkcjonuje w świecie, w którym niemal wszystko wolno, a niewiele rzeczy jest oczekiwanych. W takich rodzinach dorośli unikają konfliktów i rzadko reagują stanowczo. Często kieruje nimi obawa, że sprzeciw lub zakazy mogłyby naruszyć relację z dzieckiem, wywołać jego niezadowolenie albo uruchomić trudne emocje. Dlatego obowiązki, rutyny czy ograniczenia pojawiają się sporadycznie, a jeśli już są wprowadzane, to szybko zostają rozmyte. W praktyce oznacza to, że dziecko samo decyduje o tym, kiedy śpi, kiedy odrabia lekcje, ile czasu spędza w Internecie i czy w ogóle podejmuje jakąś aktywność.

Konsekwencje takiego stylu wychowania pojawiają się stopniowo. Dziecku trudno radzić sobie z frustracją, bo rzadko doświadczało odmowy. Nie ma okazji uczyć się odraczania przyjemności, planowania, wytrwałości czy samoorganizacji. W sytuacjach społecznych, zwłaszcza w szkole, może przeżywać zderzenie z rzeczywistością, w której zasady faktycznie obowiązują. Pojawia się impulsywność, trudności w koncentracji i nieumiejętność podporządkowania się wspólnym regułom. Dzieci wychowane z nadmierną swobodą częściej też uciekają w zachowania nawykowe  chociażby nadużywanie ekranów, bo nikt nie wyznacza im zdrowych granic.

Utożsamianie tego stylu z wychowaniem bliskościowym jest błędne, w rzeczywistości bowiem różnica jest fundamentalna: w podejściu bliskościowym granice istnieją i mają znaczenie, są komunikowane z empatią, ale służą bezpieczeństwu i regulacji. W stylu permisowym bliskość funkcjonuje bez granic, a to, paradoksalnie, wcale nie daje dziecku poczucia bezpieczeństwa.

Dlaczego ten mit jest tak szkodliwy?

Mit o „bezstresowym bliskościowym wychowaniu” szkodzi z kilku powodów:

1. Odbiera rodzicom pewność siebie

Wielu rodziców słyszy, że są „zbyt delikatni”, „zbyt emocjonalni”, „nie wychowają dziecka na porządnego człowieka”. To podcina ich intuicję i prowadzi do chaosu.

2. Utrwala szkodliwe stereotypy o „twardym wychowaniu”

Wciąż pokutuje przekonanie, że:

  • kara uczy,
  • wstyd motywuje,
  • posłuszeństwo jest wartością,
  • złamane dziecko to dobre dziecko.

Wychowanie bliskościowe pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie.

3. Zniechęca społeczeństwo do rozwijania umiejętności emocjonalnych

Jeśli empatię myli się z pobłażaniem, a łagodność z brakiem zasad, to powstaje fałszywa narracja, że relacja jest zagrożeniem dla autorytetu.

Bliskość to nie pobłażanie

Wychowanie bliskościowe nie usuwa stresu z życia dziecka. Ono tylko zmienia sposób, w jaki dziecko ten stres przeżywa: nie w samotności, nie w strachu, nie w chaosie, ale z dorosłym, który mu towarzyszy i nie jest źródłem stresu, a pomocnikiem w jego rozładowaniu.  Największy mit rodzicielstwa mówi, że bliskość to słabość. Tymczasem to jedna z najbardziej wymagających, odpowiedzialnych i dojrzalszych dróg, jakie może wybrać rodzic.

Zapraszam Cię na mój kolejny artykuł, który ukaże się w lutym – Między równowagą a chaosem: co naprawdę dzieje się w rozwoju dziecka. 


O Autorce

Cześć! Nazywam się Aleksandra i od 18 lat pracuję jako pedagog, terapeuta pedagogiczny, psychotraumatolog oraz instruktor pracy z ciałem i ekspresji ruchowej. Na co dzień wspieram uczniów, rodziców i nauczycieli, a także osoby doświadczające traumy, wypalenia czy przewlekłego stresu. W swojej praktyce łączę wiedzę psychologiczną z pracą z ciałem,  prowadzę m.in. spacery terapeutyczne, które pozwalają odzyskać równowagę i wewnętrzną siłę.
Prywatnie jestem mamą czwórki dzieci, edukatorką domową i podróżniczką. Właśnie planuję półroczną podróż, w której chcę połączyć odkrywanie świata z odkrywaniem siebie i pogłębianiem praktyki terapeutycznej.
Wierzę, że każdy kryzys można przemienić w drogę do rozwoju i że nie trzeba przechodzić jej samotnie.

Kontakt: a.kubalakulpinska@gmail.com

Pamiętaj – zawsze jest przestrzeń na nadzieję i zmianę.